Wybierz region

Wybierz miasto

    Przewlekła niestrawność

    Autor: Marlena Polok-Kin

    2006-01-13, Aktualizacja: 2006-01-12 14:34 źródło: Dziennik Zachodni

    Konkurs na ordynatora oddziału chirurgii ogólnej w szpitalu nr 1 został rozstrzygnięty blisko dwa lata temu, a ordynatora jak nie było, tak nie ma. A może jest? Dobry, doświadczony, jednak nie aż tak dobry, aby stanąć ...

    Konkurs na ordynatora oddziału chirurgii ogólnej w szpitalu nr 1 został rozstrzygnięty blisko dwa lata temu, a ordynatora jak nie było, tak nie ma. A może jest? Dobry, doświadczony, jednak nie aż tak dobry, aby stanąć na czele największego oddziału w gliwickim szpitalu nr 1.

    Tak można w skrócie określić powody, dla których chirurg z II stopniem specjalizacji, fakultetami z zakresu prawa medycznego i zarządzania placówkami służby zdrowia, stażami zagranicznymi – dr Marek Gomoliński – nie przystawał do koncepcji nowego pracodawcy. Chociaż wygrał konkurs na ordynatora oddziału chirurgii ogólnej, szefowa szpitala widziała na jego miejscu osobę z tytułem co najmniej doktora oraz szerokimi kontaktami w świecie medycznym, od którego zespół mógłby się uczyć. Sprawa oparła się o sąd. Oboje są zgodni tylko co do jednego: czas sprawę zakończyć.

    Dr Gomoliński od lat jest zastępcą ordynatora chirurgii w szpitalu pyskowickim. Stanął do konkursu na posadę ordynatora w gliwickim szpitalu nr 1. I wygrał, jednak nigdy przy stole operacyjnym w tej placówce nie stanął. Sprawa ciągnie się od kwietnia 2004 roku, a największy oddział gliwickiego szpitala wciąż nie ma ordynatora (jedna z lekarek pełni jego obowiązki). Kiedy dr Gomoliński wygrał konkurs ogłoszony jeszcze przez poprzedniego dyrektora placówki, nowa dyrektor piastowała stanowisko od dwóch tygodni i, jak podkreśla, nie miała szansy zapoznać się z dokumentami poszczególnych osób, bo już tych papierów w szpitalu nie było. Co więcej, jak podkreśla, starała się zatrzymać procedurę, ale stanowczo jej to odradzał to dr Janusz Heyda, przewodniczący komisji ds. konkursów. Gomoliński wygrał konkurs, ale pracodawczyni nie chciała podjąć z nim współpracy. Ten więc zwrócił się do sądu.
    Dyrektor Świderska powiedziała DZ, że personalnie nic nie ma do dr Gomolińskiego. Co więcej, nie kwestionuje jego kwalifikacji, które w jej przekonaniu są zbliżone do tych, jakie posiadają pracujący na tym oddziale lekarze. Jednak nie na miarę ordynatora. Ponieważ ma wizję szpitala, w którym zatrudnieni będą najlepsi, z tytułami naukowymi i szerokimi kontaktami w świecie medycznym, on nie spełnia tych wymagań.

    Na potwierdzenie, że zależy jej, aby oddział prezentował najwyższy poziom merytoryczny, współpracuje z nimi prof. Jerzy Arendt. Trudno nie godzić się z taką argumentacją. Problem w tym, że jak dotąd nie zgodził się z nią sąd. Najpierw więc Gomoliński wygrał sprawę o to, aby mieć szanse na zatrudnienie, które gwarantowała mu wygrana w konkursie. Wyrok był dla niego korzystny. Dyrektorka odwołała się jednak od tego wyroku, jednak przegrała. 1 czerwca 2005 r. lekarz został przywrócony do pracy.

    – Zapadł wyrok, a on przez dwa tygodnie nie stawił się do pracy, na której tak mu tak ponoć zależało. Miał swoją szansę na zatrudnienie. Po czym zawiadomił mnie, że jest gotowy. To absurdalne – mówi Świderska.

    Przecież nie mogłem zostawić pacjentów, rozpoczętej diagnostyki, musiałem uporządkować sprawy w swoim miejscu pracy, a do tego mam 30-letni staż, przecież obowiązuje mnie okres wypowiedzenia. Nikt by mnie nie zatrzymywał przez trzy miesiące – ripostuje dr Gomoliński. – Zgodnie z ustawą o zakładach opieki zdrowotnej miałem na zgłoszenie akcesu 14 dni. A wyrok uprawomocnił się 28 czerwca.
    Sytuację – na prośbę dr Gomolińskiego – zbadała także Komisja Zdrowia Rady Miejskiej. Na wniosek grupy radnych przejrzała dokumentację, związaną ze sprawą. Ostatecznie na ręce przewodniczącego RM, Stanisława Ogryzka wpłynęło pismo, podpisane przez przewodniczącą komisji zdrowia, dziś senator Prawa i Sprawiedliwości, Jadwigę Rudnicką. Zawierało ustalenia druzgocące dla dyrektor Świderskiej. W efekcie komisja wnioskowała do przewodniczącego, aby ten z kolei zwrócił się do prezydenta miast o wycignięcie wobec niej konsekwencji służbowych i wykonanie wyroku Sądu Okręgowego w Gliwicach – korzystnego dla lekarza.

    Wydawało się, że sprawa doktora Gomolińskiego stanie na październikowej radzie. Tak się jednak nie stało. Dlaczego? Prawnicy urzędu doszukali się nieścisłości w przygotowanym przez komisję dokumencie. Ponieważ sprawa znów trafiła do sądu, nie chcieli się wypowiadać przed takim rozstrzygnięciem także prezydent Zygmunt Frankiewicz, jak i przewodniczący Rady Miejskiej, Stanisław Ogryzek. Tymczasem Gomoliński już w grudniu uzyskał korzystny dla siebie wyrok: ma zostać przywrócony do pracy.

    – Sąd pracy stanął po jego stronie, stwierdzając jednak, że doszło do zatrudnienia, za późno jednak rozwiązałam stosunek pracy. Miałam to zrobić już 3 czerwca, a ja rozwiązałam umowę 7 lipca. Minął więc 30 dniowy termin od momentu, kiedy powzięłam informację o rażącym naruszeniu obowiązków pracowniczych – mówi Świderska. Wczoraj jej pełnomocnicy złożyli apelację od tego wyroku. Jest zdecydowana dochodzić swoich racji, włącznie z kasacją w sądzie najwyższym. Dodaje, że ostatecznie czuje dumę, że pan doktor Gomoliński tak zabiega o zatrudnienie w jej szpitalu. – Widocznie uznał, że warto do takiego szpitala wejść – komentuje.

    Jaki cel ma dr Gomoliński? Zniesmaczony całą sprawą podkreśla, że chodzi mu wyłącznie o respektowanie prawa i wyroków niezawisłych sądów, które kilkakrotnie stanęły po jego stronie.
    Więcej na temat: 

    Sonda

    Czy uważasz, że właściciele i administratorzy budynków, ktorzy nie odśnieżaja chodników wzdłuż swoich posesji powinni płacić wysokie kary?

    • Zdecydowanie tak (69%)
    • Nie, chodniki to nie ich problem (23%)
    • Nie mam na ten temat zdania (7%)