(© fot. Materiały prasowe.)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Daimon Frey, Abbadon, Burzyciela Światów nadaremnie poszukuje wrażeń w podejrzanych zaułkach Ziemi i Limbo. Nie znajduje dla siebie godnego przeciwnika ani skutecznej metody na rozbicie nudy i bezczynności. Aż do dnia, gdy po raz kolejny słyszy rozkaz Pana - szalony, niewiarygodny, zaprzeczający wszelkiemu wyobrażalnemu porządkowi.

Anioł Zagłady dostaje wówczas nowy cel, lecz nie znajduje posłuchu u swoich pobratymców. Skłóceni, targani własnymi ambicjami i za wszelką cenę usiłujący zachować spokój i równowagę w świecie, wolą dostrzec w nim szaleńca niż wybranego. Konflikt na niebieskich salonach może jednak spowodować ujawnienie najpilniej strzeżonej tajemnicy: Światłość opuściła niebo.

Świat aniołów stworzony przez Maję Lidię Kossakowską w zbiorze opowiadań „Obrońcy Królestwa” i powieści „Siewca Wiatru” miał w sobie porywającą świeżość i rozmach. Skrzydlaci i ich mroczni odpowiednicy oraz cała menażeria wszelkiej maści stworzeń mitycznych, demonicznych, pomniejszych mocy i świętych ‑ rozrzuceni w niebieskich i piekielnych kręgach oraz świtach pomiędzy nimi, stworzonych na wzór bliskowschodnich mitologii i podań ‑ fascynowali. Pociągający był zwłaszcza kontrast pomiędzy ich mocami spętanymi brakiem wolnej woli, a ludzką słabością pławiącą się w takiej wolności. Potężni w swej niszczycielskiej sile aniołowie i demony byli jednocześnie boleśnie ludzcy i podatni na zranienia w uczuciach i namiętnościach.

W „Zbieraczu burzy” cały wypracowany dotychczas efekt dramatyzmu i rozmachu gdzieś umyka, rozmywa się. Bohaterowie miotają się z miejsca na miejsce, kręcą w kółko bez uzasadnienia, co powoduje spadek napięcia i wrażenie dłużyzn. Traci na tym sama intrygująca koncepcja głównego wątku powieści. Brakuje doskonałych niegdyś opisów intryg, politycznych rozgrywek i układów. Osobiste ambicje i anse brzmią jakoś nieprzekonująco. Nadal istnieją, ale zostają zepchnięte na dalszy plan, potraktowane dość pobieżnie.

Sprawę pogarsza jeszcze styl narracji - w porównaniu do wcześniejszych tekstów Kossakowskiej bardziej zadziorny i zaczepny, miejscami ironiczny czy pobrzmiewający sarkazmem. Mimo, że zwykle lubię, gdy bohaterowie mają taki dystans do siebie i otoczenia, w tym wypadku czułam ogromny zgrzyt. Rzucane gdzieniegdzie (choć, jak się wydaje, w sposób bardzo konsekwentny i przemyślany) złośliwe uwagi nie rozprężają humorem dusznej, pełnej podejrzeń atmosfery. Raczej irytują, poprzez swą błyskotliwość odwracają uwagę od i tak niewielu scen opisujących podejmowane działania, a przy tym sprawiają, że wysiłki głównego bohatera wypadają wręcz groteskowo.

W efekcie, ponieważ powieść została rozbita na tomy, pod koniec pierwszego z nich nie mamy właściwie nic – ani zaczątku zasadniczej akcji, ani wyjaśnień czy zachęt, żeby czekać na ciąg dalszy.

Jednego natomiast nie można odmówić Kossakowskiej ‑ umiejętności budowania dramatyzmu scenach, gdzie naprzeciwko siebie staje dwoje bohaterów. Sceny kłótni kochanków czy spięcia przyjaciół są napisane według najlepszej sztuki grania na emocjach Czytelnika.




M.L. Kossakowska: „Zbieracz Burz”,
Fabryka Słów 2010, str. 341, cena 32,90 zł


Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!