PZPN może podtrzymać degradację Widzewa, uznając, że korupcja miała charakter ciągły PZPN może podtrzymać degradację Widzewa, uznając, że korupcja miała charakter ciągły

PZPN może podtrzymać degradację Widzewa, uznając, że korupcja miała charakter ciągły. (© fot. Grzegorz Gałasiński)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Wtorkowa decyzja Trybunału Arbitrażowego przy PKOl może wywołać lawinę konsekwencji. Sędziowie uznali, że Wydział Dyscypliny PZPN, który ukarał Widzew Łódź degradacją, działał nielegalnie, bo został powołany niezgodnie z przepisami. Decyzja została uchylona, a sprawą ma zająć się ponownie PZPN.

Jeśli przyjąć tę interpretację, sześć kolejnych klubów (Arka Gdynia, Górnik Łęczna, Zagłębie Sosnowiec, Zagłębie Lubin, KSZO Ostrowiec Św. i Górnik Polkowice), które zostały wyrzucone z ligi przez WD kierowany przez mec. Michała Tomczaka, mogą stwierdzić, że również w ich przypadku wyroki zapadły z naruszeniem przepisów, i domagać się odszkodowania.

- Na pewno się zajmiemy tą sprawą. Skoro trybunał PKOl uznał, że Widzew został skrzywdzony, to logiczne, że i w naszym przypadku zachodzi podobna sytuacja - mówi naszej gazecie Jerzy Koziński, prezes Zagłębia.

Trybunał PKOl uzasadniał we wtorek, że błędy popełnił kurator Andrzej Rusko, wprowadzony do PZPN w styczniu 2007 r. przez ministra sportu Tomasza Lipca. To on niezgodnie z obowiązującymi procedurami powołał Wydział Dyscypliny pod przewodnictwem Tomczaka.

- Jeśli tak, to za ewentualne odszkodowania dla klubów mogą nawet zapłacić... podatnicy. Przecież to minister sportu miał nadzór nad kuratorem, którego wprowadził do PZPN - mówi nam jeden z prawników współpracujący ze związkiem.

Zdumienie budzi postawa trybunału przy PKOl. Widzew już bowiem rok temu wskazywał na nieprawidłowości przy ustanawianiu władz Wydziału Dyscypliny. Wówczas arbitrzy tego wątku w ogóle jednak nie podjęli.

To nie wszystko. Jak udało nam się ustalić, trybunał w przeszłości badał już kwestie proceduralne i pochylał się nad legalnością powołania Wydziału Dyscypliny. Miało to miejsce przy okazji sprawy Górnika Łęczna. Wówczas arbitrzy nie zauważyli żadnych uchybień. Teraz tę samą kwestię rozstrzygnęli w sposób odmienny.

To niejedyne zarzuty pod %07adresem trybunału. Arbitrzy długo zwlekali z ponowym rozpatrzeniem sprawy Widzewa. Mimo próśb ze strony PZPN, by rozstrzygnięto spór przed %07startem rozgrywek ekstraklasy (prezes Grzegorz Lato dwukrotnie wysyłał w tej sprawie pisma), co pozwoliłoby uniknąć późniejszego zamieszania, trybunał przekładał kolejne posiedzenia. W końcu zebrał się w momencie, gdy rozegrano cztery kolejki meczów najwyższej ligi.

Zresztą nawet sami członkowie tego gremium wskazują na nieprawidłowości i naciski, jakie były kierowane na trybunał.

Jego sekretarz, Romana Troicka-Sosińska, w rozmowie z naszą gazetą podawała nawet konkretne przykłady. Choćby przypadek powoływania kuratora przez ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Mianowany na to stanowisko we wrześniu 2008 r. Robert Zawłocki - zdaniem Troickiej-Sosińskiej - nie mógł pełnić tej funkcji, ponieważ dopisano go do listy kuratorów nielegalnie. Ktoś z trybunału podrobił podpis Sosińskiej. Sprawę bada prokuratura.

Poważne wątpliwości budzi również kwestia pierwszego wyroku trybunału w sprawie Widzewa. Uznał on bowiem, że zarzuty wobec klubu się przedawniły. Tyle że już w przypadku Zagłębia Lubin i Korony Kielce uznał, choć sprawa była analogiczna, postanowił, że przedawnienie nie miało zastosowania i wyrzucił oba kluby z ligi.

Troicka-Sosińska wskazywała na znajomość prezesa PKOl Piotra Nurowskiego i łodzianina ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. - Znam prezesa PKOl Piotra Nurowskiego. I co z tego? Trudno, żebym go nie znał. Czy pani Troicka powiedziała, że ja na nią naciskam? Prezesa trybunału arbitrażowego Zygfryda Siwka poznałem w czerwcu tego roku na posiedzeniu komisji sejmowej. Znam na przykład Zbigniewa Bońka, i co? Podobnie jak wielu innych ludzi w sporcie, ale nie wykorzystuję tego do wywierania nacisków czy prywatnych interesów. Wiem, co oznacza słowo "przyzwoitość" - oburza się Drzewiecki.

Widzew, który pierwotnie został skazany na degradację za to, że sponsor Wojciech Sz. ustawił osiem meczów drużyny, przechodzi do kontrataku. Prezes Marcin Animucki już zaczyna budować wizerunek klubu pokrzywdzonego, a nie instytucji, która była sprawcą korupcji.

- Decyzje trybunału mają klauzulę natychmiastowej wykonalności, więc nasze kary nie obowiązują. Dlatego wnioskujemy o taką organizację rozgrywek, która umożliwi nam rozegranie pierwszego meczu w ekstraklasie już w nadchodzącej kolejce ligowej. PZPN i Ekstraklasa SA nie mogą uchylać się od podjęcia trudnej decyzji - komentował prezes Widzewa.

Wczoraj w PZPN trwały gorączkowe narady wszystkich najważniejszych osób i prawników współpracujących ze związkiem. Przygotowywano strategię na dzisiejsze posiedzenie zarządu, który ma zająć się m.in. kwestią Widzewa. Natychmiastowe przywrócenie łodzian do ekstraklasy nie wchodzi w grę, bo nie godzi się na to Ekstraklasa SA.

Według naszych informacji Wydział Dyscypliny, który ponownie ma rozpatrzyć sprawę łódzkiego klubu, będzie chciał podtrzymać karę degradacji. Choć trybunał PKOl jasno wypowiedział się, że PZPN musi działać zgodnie z obowiązującym obecnie prawem i zastosować przepis o abolicji, to jednak działacze chcą powołać się na zapis o czynie ciągłym.

Uchwała abolicyjna pozostawia bowiem furtkę do degradacji klubów, które uczestniczyły w korupcji przed 2005 r. WD musiałby udowodnić, że czyny miały charakter ciągły. Przewodniczący wydziału Artur Jędrych już zasugerował, że ten zapis w przypadku Widzewa ma zastosowanie, ponieważ ustawiono wyniki ośmiu meczów, na dodatek przez tę samą osobę.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!