W woj. śląskim - najbardziej zatrutym zakątku Polski, dziesiątkuje nas rak, miażdżyca i zawały serca. Tutejsze kobiety żyją najkrócej w kraju, mężczyźni, bardziej niż ci z innych regionów, wykańczają się alkoholem i ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
W woj. śląskim - najbardziej zatrutym zakątku Polski, dziesiątkuje nas rak, miażdżyca i zawały serca. Tutejsze kobiety żyją najkrócej w kraju, mężczyźni, bardziej niż ci z innych regionów, wykańczają się alkoholem i papierosami. Tymczasem na leczeniu nas NFZ z roku na rok coraz bardziej oszczędza.


Do takich wniosków doszedł dr Paweł Buszman z Polsko-Amerykańskich Klinik Serca w Ustroniu. I wybrał się po więcej pieniędzy dla śląskiej służby zdrowia do Warszawy, do centrali NFZ. By nie być gołosłownym, przygotował specjalny raport o zdrowiu Ślązaków.

Według tych materiałów, zgromadzonych na podstawie analiz dokumentacji medycznej i badań za lata 2008 i 2007, w woj. śląskim choroba niedokrwienna serca zabija, 187 osób, a nowotwory 266 osób na każde 100 tysięcy. Na zawały serca, które rocznie zabijają 100 tysięcy Polaków, statystycznie rzecz biorąc, najczęściej umierają Zagłębiacy i Ślązacy z okolic Rybnika.

Papierosy są ulubioną używką więcej niż co trzeciego mieszkańca i co piątej mieszkanki województwa. Mamy najwięcej alkoholików i najmniej ludzi uprawiających jakikolwiek sport. Na to nakłada się demolująca zdrowie tłusta śląska kuchnia, która ze śląskich kobiet, skądinąd żyjących najkrócej w Polsce, czyni też kobiety najgrubsze.

Choć zdrowotne konsekwencje tego są tragiczne, Śląski NFZ, jak twierdzi dr Buszman, jako jedyny w kraju nie zapłacił za specjalistyczne leczenie wszystkich zawałów serca i stanów przedzawałowych. Nie ma też pieniędzy na badania tomograficzne czy koronografie. Ale gdyby te pieniądze się znalazły, można by uratować życie tysięcy z nas.








Nasze omy są najgrubsze, a chłopy piją najwięcej


Mimo ogromnych nakładów na ekologię, w środowisku naturalnym naszego regionu jest największa ilość szkodliwych dla zdrowia związków chemicznych. To one, w połączeniu z niezdrowymi nawykami, ciężką pracą i niehigienicznym trybem życia są główną przyczyną chorób i przedwczesnych śmierci mieszkańców województwa śląskiego.

Wiele cennych informacji na temat tego, co wyniszcza nasze zdrowie, zgromadził dr Paweł Buszman z Polsko-Amerykańskich Klinik Serca. Posiłkując się swym raportem, zamierza wynegocjować w centrali NFZ więcej pieniędzy dla śląskiej służby zdrowia, głównie dla kardiologii.

A argumentów ma sporo. Np. ten. że w powietrzu, którym oddychamy, gromadzi się ponad 20 proc. zanieczyszczeń przypadających na całą Polskę. W 2007 r. wszystkie polskie fabryki wypuściły do atmosfery prawie 95 tys. ton szkodliwych substancji, z czego prawie 22 tys. ton przypadło na nasze województwo - podkreślmy, pod względem powierzchni jedno z najmniejszych w kraju i najgęściej zaludnione (największe województwo, mazowieckie, wyprodukowało w tym samym czasie niespełna 10 tys. ton lotnych trucizn).

Wpływ tej zabójczej chemii na nasze zdrowie jest fatalny. W swoim najnowszym raporcie "Regiony Polski" Główny Urząd Statystyczny podał, że obok Łódzkiego, Dolnego Śląska i woj. kujawsko-pomorskiego nasz region należy do tych, w których na nowotwory umiera najwięcej ludzi: 266 na każde 100 tysięcy (średnia krajowa: 251).

Naturalnym sojusznikiem dr. Buszmana i wielu innych lekarzy starających się o większe pieniądze dla śląskiej ochrony zdrowia zdaje się być Bolesław Piecha, przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia, zresztą z zawodu także lekarz.

- W regionie, w którym umiera najwięcej noworodków, gdzie rodzi się najwięcej dzieci z niską wagą urodzeniową, nakłady na ochronę zdrowia powinny być co najmniej o 10-15 proc. wyższe - mówi Piecha. - Jesteśmy np. rekordzistami, jeśli chodzi o zachorowalność na choroby układu krążenia. Tak, na zdrowie z NFZ powinno do nas trafić więcej pieniędzy.

Oczywiście, nie możemy wszystkiego zwalić na zanieczyszczenie środowiska (za które, swoją, także my odpowiadamy). To, że żyjemy krótko i w kiepskiej kondycji, zawdzięczamy wielu swoim fatalnym nawykom. W 2008 r. do palenia przyznawało się 33,9 proc. Polaków i 19,3 proc. Polek. Tu my, mieszkańcy woj. śląskiego, jesteśmy powyżej średniej (mężczyźni 35,3 proc., kobiety 21,3 proc.). Najmniej palaczy jest na Mazowszu (odpowiednio: 30,4 i 18,3 proc.).

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że pali bardzo wielu młodych mieszkańców regionu - do 29. roku życia. Jeśli gdzieś w Polsce papierosy wychodzą z mody, to na pewno nie na Śląsku czy w Zagłębiu. U nas pali 30,3 procent młodych mężczyzn (to krajowy rekord; średnia dla Polski 26,1 proc.) i 20,1 proc. kobiet (średnia: 15,4).

Dlaczego tak trudno nam rzucić palenie? Nasz region, głównie jeśli chodzi o Śląsk i Zagłębie, to wciąż bardzo dużo miast zamieszkanych przez górników i pracowników fabryk, dla których papieros jest jednym z tradycyjnych atrybutów mężczyzny i elementów stylu życia.

Podobnie wygląda sytuacja jeśli chodzi o alkohol. Skłonność do kieliszka (choć częściej do kufla), wyróżnia nas na tle mieszkańców innych regionów. Pijemy najwięcej w kraju: statystyczny mężczyzna w woj. śląskim 5,09 litra czystego spirytusu rocznie (nieznacznie wyprzedzają nas tylko Ślązacy z Opolszczyzny: 5,11 l), a kobieta przeciętnie 0,95 l (III miejsce w kraju, po woj. pomorskim - 1,03 i Mazowszu - 1,01 l).

Ta nasza ponadprzeciętna aktywność biesiadna idzie w parze z brakiem zainteresowania uprawianiem czegokolwiek poza seksem, ewentualnie ogródkiem na działce. W kategorii: "biegają, pływają, ćwiczą itp." gorzej od naszych mężczyzn (32,8 proc.) wypadają tylko w Lubelskiem (31,2). Natomiast jeśli wierzyć statystykom, Ślązaczki, Zagłębiaczki i góralki z Podbeskidzia są najbardziej gnuśnymi kobietami w kraju: ćwiczy tylko 26,3 proc. z nich (na Opolszczyźnie - prawie 42 proc.).

Ale Kazimierz Kutz, poseł i reżyser, nie ma większych zastrzeżeń. - Ślązaczki żyją normalnie, czyli jak chcą i trzeba to szanować - mówi. - Moim zdaniem nasze kobiety specjalnie nie różnią się od reszty Polek, chociaż mogłyby być bardziej smukłe, czyli po naszymu szlang. Trochę więcej o siebie dbać, zwłaszcza jeśli się jeszcze nie wydały za mąż - dodaje Kutz.

Istotnie, mogłyby być bardziej szlang, bo tylko na Lubelszczyźnie jest więcej pań z nadwagą niż u nas (tam 29,8, u nas 28, 2 proc.).

- Przez całe życie, dbając przede wszystkim o swoje rodziny, kobiety z tego regionu zapominały o własnym zdrowiu - mówi Krystyna Bochenek, senator i dziennikarka propagująca zdrowy tryb życia. - Mąż do pracy, dzieci do szkoły, a potem pranie, sprzątanie, gotowanie, a potem głowa w oknie na poduszce i przyglądanie się życiu ulicy. I żadnego ruchu. No i niezdrowa śląska kuchnia. Tu jednak bez pomocy mężczyzn niewiele da się osiągnąć, bo to oni musieliby nagle zaakceptować fakt, że zamiast rolady dostaną na obiad sałatę.

Ale jak podkreśla dr Maria Lipok-Bierwiaczonek, etnograf, tradycje żywieniowe Ślązaków nie wynikają z męskiego widzimisię, ale mają związek z ciężką pracą. - W rodzinach robotniczych przygotowywało się posiłki treściwe i tłuste głównie dla męża, który szedł do ciężkiej roboty fizycznej. Mężczyzna to wszystko spalał, a kobieta nie miała okazji, bo siedziała w domu - mówi dr Lipok-Bierwiaczonek.

Według Ilony Kanclerz, specjalistki od kreowania wizerunku, "tak jak przed wiekami, tak i teraz na Śląsku obowiązuje zasada: stroisz się przed ślubem, żeby złapać męża, a potem zamieniasz się w robota kuchennego, któremu moda nie w głowie". - No i żywiąc się zabójczymi, chyba najbardziej tłustymi z tłustych, niezdrowymi śląskimi potrawami, tyjemy na potęgę - zauważa Kanclerz.

Jej zdaniem ciągle jeszcze wielu z nas wydaje się, że otyłość jest symbolem dobrobytu ("Były nawet takie badania, z których wynikało, że grubszych ludzi darzymy większym zaufaniem" - mówi Kanclerz).

Dr Urszula Paździorek-Pawlik, lekarka i radna (w marcu 2008 r. rozpoczęła kampanię na rzecz wyrzucenia chipsów, batoników czekoladopodobnych i napojów gazowanych z tyskich szkół): - Śląska tradycja kulinarna szkodzi nam bardziej niż zanieczyszczone środowisko. Nasza kuchnia oparta jest na tłuszczach zwierzęcych i węglowodanach. W wielu domach nadal jada się mało warzyw i owoców. Na talerzach są ziemniaki i mięso, a Ślązaczki wolą w czasie weekendu zjeść dobre ciacho i wypić kawę niż pojeździć na rowerze czy choćby pospacerować. Matki i babki wpychają dzieciom jedzenie na siłę. Skutki tego zostają na całe życie.

Na tle swoich żon, matek i sióstr żyjący w Śląskiem mężczyźni wyglądają raczej niepozornie: tylko 30,6 proc. z nich ma nadwagę (obok Dolnoślązaków i krakusów - najmniej w kraju). I tylko na Podkarpaciu jest więcej niż u nas - 7 proc. w stosunku do 6,2 proc. - mężczyzn nazbyt wychudzonych.

Wygląda więc na to, że klasyczny obrazek majestatycznej śląskiej omy z żylastym, wychudzonym mężem przy boku nie należy jeszcze do przeszłości.

Ale widać dobrze nam z tym, skoro jesteśmy nad wyraz zadowoleni ze swego wyglądu i kondycji zdrowotnej. Jako dobre lub bardzo dobre swoje zdrowie ocenia 62,3 proc. mieszkańców województwa śląskiego (średnia krajowa to 61, proc.). Największym samokrytycyzmem wykazują się pod tym względem mieszkańcy Łódzkiego, gdzie zadowolonych z siebie jest tylko 55 proc. osób.

- Zadowolone z siebie jest u na Śląsku zwłaszcza pokolenie 40 i 50-latków, które woli piwko i papieroska przed telewizorem, albo biesiadę piwną, niż ruch - mówi doktor Paździorek-Pawlik. - Czasem słyszę w sklepie: "Proszę kilogram boczku, tylko nietłustego". Trudno o bardziej naiwny sposób na uspokojenie własnego sumienia - konkluduje.





62,3 proc. mieszkańców woj. śląskiego jest zadowolonych ze stanu swego zdrowia





Czas na raport alarmowy



Z dr. hab n.med. Pawłem Buszmanem, prezesem Polsko-Amerykańskich Klinik Serca rozmawia Maria Zawała


Sporządził pan raport dotyczący ochrony zdrowia mieszkańców woj. śląskiego, ze szczególnym uwzględnieniem epidemiologii chorób serca, a potem zawiózł go do stolicy. Po co?

Żeby pokazać prezesowi Narodowego Funduszu Zdrowia w Warszawie, że środki, które ta instytucja przeznacza na leczenie pacjentów w naszym regionie są niewystarczające.

Tu, na Śląsku, nie znalazłem zrozumienia dla problemu.


W czym, pana zdaniem, tkwi problem z rozdziałem środków na opiekę zdrowotną?

Istniejąca sieć placówek mogłaby być lepiej wykorzystywana, gdyby środki z NFZ rozdzielane były sprawiedliwiej, to znaczy tam, gdzie są rzeczywiście potrzebne i ich wykorzystanie odbędzie się z korzyścią dla pacjenta. Zwła- szcza, że na ochronę zdrowia Polaka na rok wydaje się 910 dolarów. Średnia europejska to ponad 3 tys. USD. Ważne więc, jak się te pieniądze dzieli.


Rozumiem, że dzieli się źle.

O ile środki przeznaczane na szpitalnictwo i poradnictwo, czyli jakieś 60 proc., nie budzą zastrzeżeń, to 40 proc., na bliżej nieznane programy, jest z punktu widzenia przeżycia ludzi i jakości ich leczenia stratą pieniędzy. Warto się też przyjrzeć różnym absurdom. Przykładowo, gdy chory ma kilka dolegliwości, np. oprócz choroby wieńcowej też wrzody, to nie można go przenieść na inny oddział, by wykonać mu gastroskopię i podjąć kolejne leczenie, tylko trzeba wypisać do domu, a następnie przyjąć do szpitala raz jeszcze. Z tego powodu mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźników hospitalizacji.


Chorujemy bardziej niż inni Europejczycy?

Nie, ale umieramy częściej, bo nasz system opieki medycznej to wynik innego spojrzenia na politykę zdrowotną. Tam znaczne środki przeznacza się na badania profilaktyczne i wychwytywanie choroby %07w jej początkowym stadium. U nas pacjent trafia do lekarza w takim stadium choroby np. nowotworowej, w którym można mu już za pomocą bardzo drogiej radio- i chemioterapii przedłużyć życie o kilka miesięcy. Umiera, bo pół roku wcześniej nie było pieniędzy na badanie tomograficzne. A przecież skuteczność leczenia nowotworu w I fazie sięga 90 proc. Podobnie jest w wypadku choroby wieńcowej. Mamy pieniądze na leczenie zawałów, ale na planowe koronarografie już nie.


Apeluje pan o pieniądze na planowe zabiegi dla kardiologów, ale koledzy z innych specjalności twierdzą, że naciski waszego lobby są obliczone na wyciąganie środków z funduszu.

Oskarżanie kardiologów o próbę zawłaszczania środków z NFZ jest nieuczciwe i nieprawdziwe. Szczególnie tu, w woj. śląskim, gdzie statystyki chorób wieńcowych są dramatyczne. W szczególności razi fakt dużego opóźniania w transporcie chorych z zawałem lub stanem przedzawałowym do ośrodków specjalistycznych. Często chory trafia najpierw na izby przyjęć lub oddziały internistyczne małych szpitali, skąd po kilku dniach trafia do ośrodków referencyjnych. Pozwala na to system kontraktowania procedur NFZ i powoduje podwójne płacenie za leczenie tego samego chorego, ale przyczynia się do opóźnienia w leczeniu tych stanów i zwiększenia liczby powikłań i zgonów. Przeznaczenie tych pieniędzy np. na inne procedury, zracjonalizowałoby proces leczenia i pozwoliłoby na oszczędności.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Więcej na temat: